Dostałam w łeb wystarczająco mocno. Utrata przytomności była chyba dość
długa. Kiedy się ocknęłam, znajdowałam się w jaskini. Podniosłam się z
kupy siana, przykrytej dobrze wygarbowaną skórą dużego zwierzęcia. Na
środku jaskini płonął ogień. Nie daleko było słychać szum wody, a raczej
jej huk. Spojrzałam na swoje stopy. I co ciekawe nie byłam w swojej
piżamie frotte. Na nogach miałam czarne oficerki. Oprócz tego posiadałam
spódnicę ze skóry, przepasaną na moich biodrach, dość szerokim
rzemykiem. A także białą bluzkę z falbanką, na której znajdowała się
krótka, skórzana kamizelka przewiązana z przodu, tym razem, cienkim
rzemykiem. Trochę jak kobieta Wikingów, tylko te buty, jakieś z innego
świata. Postanowiłam wyjść na zewnątrz, aby dowiedzieć się, gdzie
jestem. Kiedy opósciłam jaskinię, ujrzałam niesamowity widok. Stałam na
półce skalnej, a przede mną znajdował się olbrzymi wodospad. Zerknęłam w
dół. Dużo skał i wielkie jezioro. W oddali czarna plama, która jak się
domyśliłam jest lasem. Obróciłam się, żeby wrócić do jaskini i… wtedy go
ujrzałam. Aż mi serce podskoczyło do gardła. Stał oparty o skałę. Cały
na czarno, z przeraźliwie białą twarzą. Spojrzał na mnie i uśmiechnął
się. O mało nie zemdlałam. Miał niesamowicie białe zęby, a dwa z nich
były dłuższe.
- Witaj Arco. Widzę, że się ocknęłaś wreszcie.
- Że co? Jaka Arco.
- Arco, to łuk. W dosłownym tłumaczeniu, twoje imię to „łuk z drzewa cisowego”. Czyż nie?
- Owszem, ale moje imię jest łacińskie, a ty (kim kolwiek jesteś) nazywasz mnie w jakimś dziwacznym języku.
- To nie dziwaczny język. To… mój język.
- A jak ty się w ogóle nazywasz?
- W moim języku: Libre, w twoim Carl.
- Libre. Zapamiętam, chyba…
-
Zapamiętaj Carl. – powiedział i roześmiał się w głos. A mnie przeszył
dreszcz. – Zimno ci. Wejdź do jaskini i ogrzej się przy ognisku.
- Możesz mi wyjaśnić, co ja tutaj robię? – spytałam, gdy już usiedliśmy przy ogniu.
- Jakby ci to wytłumaczyć… To nie przez przypadek, że tutaj trafiłaś. Masz tutaj do zrobienia pewne zadanie…
- Zadanie? – spytałam.
- Ciii… – powiedział Libre-Carl.
Usłyszałam, lecz nie od razu i straciłam przytomność.
Otworzyłam
oczy, a w moich uszach brzmiał dźwięk budzika. Była 6 rano, w moim
rzeczywistym świecie. Musiałam wstać, aby się wyszykować do szkoły. Całą
drogę myślałam o Carlu i o tym, że nie zdążyłam spytać go o te dziwne
kwiaty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz