Brak tchu ostatnim razem spowodował, że obudziłam się zlana potem. Tym
razem nie spadałam, lecz od razu ujrzałam ciemność. Tak czarną, że aż
czułam jak mnie oblepia. Powoli otworzyłam oczy i… Nie, nie byłam w
swoim pokoju. I nie leżałam w swoim łóżku. Wyglądało na to, że znajduję
się w środku mgły. Stąd to dziwne uczucie lepkości. Podniosłam się i
przeszłam kawałek… Parę kroczków… Wszystko było mgłą. Podłoże, po którym
szłam, to coś u góry, co my nazywamy niebem. Cała przestrzeń wokół
mnie. Jednak nie trwało to długo. W pewnym momencie, kiedy się tak
rozglądałam dookoła, ujrzałam blade światło. Podążyłam, więc w tamtym
kierunku. W końcu dotarłam na jakąś polanę. Mgła tutaj opadła, a moim
oczom ukazała się srebrna trawa i niesamowicie czerwone kwiaty. Były one
jakieś dziwne. Nie można ich było porównać do niczego. Ani do róż, ani
do maków, ani do żadnych innych znanych mi roślin. Płatki miały
czerwone, jak krew, w kształcie rozgwiazdy, jaką można znaleźć w
oceanach (rzadziej w morzach). Łodygi zaś miały czarne niczym smoła. Co
istotne, nie posiadały wcale liści. Wydzielały intensywną słodkawą woń.
Ja, co prawda nie przepadam za słodkimi zapachami, bo mnie od nich mdli,
ale niezmiernie fascynowały mnie jako takie. Wyciągnęłam dłoń po jeden z
nich, aby go zerwać i wtedy poczułam mocne uderzenie w tył głowy…
Nie muszę oczywiście dodawać, że w tym momencie się obudziłam i istotnie bolała mnie głowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz