środa, 5 stycznia 2011

SEN II

Brak tchu ostatnim razem spowodował, że obudziłam się zlana potem. Tym razem nie spadałam, lecz od razu ujrzałam ciemność. Tak czarną, że aż czułam jak mnie oblepia. Powoli otworzyłam oczy i… Nie, nie byłam w swoim pokoju. I nie leżałam w swoim łóżku. Wyglądało na to, że znajduję się w środku mgły. Stąd to dziwne uczucie lepkości. Podniosłam się i przeszłam kawałek… Parę kroczków… Wszystko było mgłą. Podłoże, po którym szłam, to coś u góry, co my nazywamy niebem. Cała przestrzeń wokół mnie. Jednak nie trwało to długo. W pewnym momencie, kiedy się tak rozglądałam dookoła, ujrzałam blade światło. Podążyłam, więc w tamtym kierunku. W końcu dotarłam na jakąś polanę. Mgła tutaj opadła, a  moim oczom ukazała się srebrna trawa i niesamowicie czerwone kwiaty. Były one jakieś dziwne. Nie można ich było porównać do niczego. Ani do róż, ani do maków, ani do żadnych innych znanych mi roślin. Płatki miały czerwone, jak krew, w kształcie rozgwiazdy, jaką można znaleźć w oceanach (rzadziej w morzach). Łodygi zaś miały czarne niczym smoła. Co istotne, nie posiadały wcale liści. Wydzielały intensywną słodkawą woń. Ja, co prawda nie przepadam za słodkimi zapachami, bo mnie od nich mdli, ale niezmiernie fascynowały mnie jako takie. Wyciągnęłam dłoń po jeden z nich, aby go zerwać i wtedy poczułam mocne uderzenie w tył głowy…
Nie muszę oczywiście dodawać, że w tym momencie się obudziłam i istotnie bolała mnie głowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz