poniedziałek, 22 kwietnia 2013

ONE SHOT

Wstałam ociągając sie niesamowicie. Huczało mi w głowie i prawdę mówiąc nie chciało mi się nic. Dom był pusty, nie licząc obecności czworonożnego przyjaciela. Murzyn, bo tak nazywał sie mój pies, na dźwięk budzika podskoczył na równe łapy. Podszedł do mojego łóżka i polizał po policzku swoim szorstkim i wilgotnym jęzorem.
- Jeszcze pięć minut. - wymamrotałam nakładając kołdrę na głowę.
Jednak on był niezmordowany. Złapał za róg pościeli i zaczął ciągnąć. Przytrzymałam swoją część obiema rękoma, ale był silniejszy ode mnie i już po minucie leżałam na łóżku jedynie w spodenkach w szkocką kratę i flanelowej koszuli. Mama zawsze się ze mnie śmiała, że chodzę spać ubrana jak na Syberię. Dla mnie nie ważne było, że wyglądam jak klaun, ale fakt, iż był to prezent uszyty własnoręcznie przez moją babcię. W końcu wypełzłam z łóżka i nakładając pluszowe kapcie powlokłam się do łazienki. Przez cały czas wtórowało mi wesołe szczekanie Murzyna, co doprowadzało mnie do obłędu. Nie mogłam skupić myśli. Kilkanaście minut później po umyciu się, ubraniu i wypiciu do połowy filiżanki kawy wyszłam z psem na spacer. Nie daleko mnie był park, więc mogłam puścić go wolno, a sama mogłam zastanowić się nad swoim życiem. Idąc alejkami myślałam o tym jak by tu powiedzieć delikatnie Michałowi, że przeminął jego czas i jak w snach przekazać Carlowi, że się w nim zakochałam. Sprawa nie była taka łatwa, bo ten pierwszy był chorobliwie zazdrosny, a ten drugi zbyt tajemniczy. O ile Michał mógłby ewentualnie zrozumieć moje słowa, to Carl już nie koniecznie. W końcu ten ostatni żył w XV wieku. Wracając po dwóch godzinach rozmyślań do domu doszłam do wniosku, że dupkowi powiem prosto z mostu, że jest dupkiem. Co do żyjącego-nieżywego, to musiałam się dowiedzieć o nim czegoś więcej. Wpuściłam psa do mieszkania, a sama udałam się do pewnej znajomej pracującej w miejskiej bibliotece. Kiedy dotarłam na miejsce drzwi otworzył mi wysoki, ciemnowłosy, patykowaty chłopak. Niemal kopara mi nie opadła aż na posadzkę. Z chłopakiem tym chodziłam kiedyś do podstawówki i był flapowaty, otyły i wnerwiał mnie. Niestety na moje nieszczęście miałam wątpliwą przyjemność siedzieć z nim w jednej ławce na języku polskim. Pilnowałam go żeby pisał na lekcjach i się uczył. Kilka razy dostał ode mnie książką po głowie, albo długopisem po ramieniu. Jednak mimo wszystko jest takie powiedzenie, "Kto się lubi ten się czubi". A teraz stał przede mną całkiem inny facet. Jego chude łydki raziły po oczach opalenizną, a nagi tors i kaloryfer na brzuchu sprawił, że o malo nie straciłam głosu. Jego szare oczy patrzyły na mnie zaspanym wzrokiem.
- Jest mama? - spytałam nie odrywając oczu od tej nietypowej dla mnie postury.
- Nom. A coooooo? - odparł ziewając.
- Możesz ją poprosić?
- Maaaamoooooo! - krzyknął.
Po chwili w drzwiach stanęła kobieta metr siedemdziesiąt, czarne, krótkie włosy, opatulona granatowym szlafrokiem.
- Witaj moja droga. - odparła kobieta z uśmiechem. - Wejdź.
Zaprosiła mnie do domu robiąc dziwny ruch dłonią.
- A ty się ubierz. - zestrofowała syna.
- Dobra, dobra. - wymamrotał pod nosem Tomek.
Mieszkanie było ładne. Nieduży przedpokój pomalowany na wrzosowy kolor, w którym mieściła się cała masa wieszaków i stojak na buty. Kobieta poprowadziła mnie do salonu w kolorze jasnej zieleni, gdzie znajdował się ogromny dębowy stół, a przy nim stało równo dziesięć krzeseł. W rogu stała duża komoda z pięcioma szufladami również dębowa, a na niej mała lampka z kremowym abażurem. na ścianach były przytwierdzone potrójne półki, na których piętrzyły się stosy książek. A na drewnianej podłodze leżał kremowy, nieco powycierany dywan. Byłam zachwycona. W tych niewielu momentach w życiu, kiedy miałam trochę czasu dla siebie byłam projektantką wnętrz. A to pomieszczenie było cudowne, proste, a jednocześnie pełne harmonii i miało taki swój smaczek.
- Siadaj proszę.
- Dziękuję. - odparłam sadowiąc się na jednym z krzeseł, które stało najbliżej drzwi.
- Jaki jest cel twojej wizyty?
- Szukam informacji o jakimś Carlu z XV wieku z okolic Pensylvanii.
- Hmmm... - kobieta zastanowiła się chwile po czym podeszła do jednej z półek i wyciągnęła ze stosu książek dość opasłe tomisko.
Niestety poznałam niemal całą Historię Pensylwanii i jedyny Carl, jaki wpadł w moje oczy to król angielski, który przyznał prawa do założenia tam kolonii Williamowi Penn, który natomiast zapoczątkował istnienie obecnej nazwy tegoż niesamowitego stanu. Byłam w szoku. Czyżby mój Carl był angielskim królem? Musiałam się tego dowiedzieć od niego. Przez głowę przemknęła mi myśl: "Normalnie zakochałam się w królu." O mało nie spadłam z krzesła.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

SEN VII

Po studniówce wróciłam do domu. Byłam zmęczona tańczeniem, Michałem, który okazał się dupkiem, omdleniem, wizytą u Carla, poznaniem, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto miłością. Nie byłam szczęśliwa. Zrozumiałam, że zakochałam się w tym kimś, kto był w mojej głowie. W kimś nierealnym do zdobycia. W kimś tajemniczym, a jednocześnie tak dobrze mi znanym. Zakochałam się (o ironio) w Carlu. To było głupie, ale jakże prawdziwe. Rodzice wypytywali mnie o to jak było. Ale ja nie miałam ochoty im opowiadać. Chciałam tylko sie położyć i w spokoju pomyśleć. Kiedy w końcu leżałam w łóżku, drzwi mojego pokoju otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
- Śpisz? - spytała mnie mama.
- Nie. - odparłam krótko.
- Wiem, że coś się stało...
- Owszem. - przerwałam jej w pól zdania - Nie tak wyobrażałam sobie ten najważniejszy wieczór w moim życiu. Myślałam, że będę jak księżniczka.
- Wyglądałaś pięknie.
- Wyglądałam jak kopciuch. Wyobrażałam sobie, że będę tam z chłopakiem pokroju Witka. Z mózgiem jak fistaszek, ale przystojnym i zabawnym. Z takim, co chociaż nie umie tańczyć to, chociaż przynajmniej poudaje i się trochę powygina. A nie będzie stał jak kołek pod ścianą, kiedy ja szaleję na parkiecie. Z takim, który nie pomyli kroków poloneza, mimo, że ćwiczyliśmy go dwa tygodnie bez przerwy, pięćdziesiąt razy dziennie. I nie zamieni mnie na piwo z dopiero, co poznanym kolegą. Mogłam zrobić jak Kamila. Zwyczajnie w świecie pójść sama. - powiedziałam jednym tchem.
Carl spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem.
- O mój Boże! - wykrzyknęłam i zaraz zakryłam sobie usta obiema dłońmi.
Byłam tak zajęta użalaniem się nad sobą, że nawet nie poczułam, kiedy znalazłam się po drugiej stronie. Carl nie spuszczał ze mnie wzroku. Ale co on mógł wiedzieć o miłości, a może jednak...
- Jesteśmy na miejscu.
Faktycznie byliśmy na wzgórzu a przed nami rozpościerał się widok na Fort Presque Isle. Z oddali dało się słyszeć strzały i krzyki ludzi. Wjechaliśmy za ogromną, otwartą bramę. A tam panował niesamowity chaos. Ludzie biegali, krzyczeli, szukali jeden drugiego. Rozejrzałam się dookoła i ujrzałam chłopca w białej, a raczej w brudnej koszuli i czarnych, postrzępionych spodniach.
- Strzelają, strzelają! - wołał i zatkał sobie małymi brudnymi rączkami uszy.
Byłam niemniej przerażona niż on.
- Co tutaj się dzieje? - spytałam Carla.
- To nie twoja sprawa. Musimy znaleźć Edwarda. - powiedział.
- Kogo? - spytałam i wtedy mój wzrok spotkał się ze spojrzeniem tego małego chłopca. Miał takie niesamowicie niebieskie oczy.
- Pali się! - wrzasnął mi ktoś niemal do ucha.
Odwróciłam się a za mną  stała chata cała w płomieniach.
- Szybciej. - powiedział Carl - Musimy uciekać.
Rzuciłam jeszcze okiem w stronę niebieskookiego aniołeczka, ale już go tam nie było i pobiegłam za swoim opiekunem do czegoś, co nazwałabym kryptą. Zeszliśmy na sam dół po krętych, stromych schodach. Usłyszałam przenikliwy pisk, niczym skrobanie paznokciami  po tablicy. Potrząsnęłam głową zamykając przy tym  oczy. Kiedy znowu je otworzyłam  byłam w swoim pokoju a przeraźliwy pisk to nic innego jak mój cudowny budzik.
Wstał nowy dzień. Ale ja nie czułam się jak nowa. Czułam się jakbym była kilkakrotnie przerzutom gumą orbit. Chciałam nie myśleć, nie czuć i nie być. Nie mogłam. Wstał w końcu nowy dzień.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

SEN VI

Nadszedł czas sprawdzianów semestralnych, rycia po nocach i pisania wypracowań na ustny egzamin maturalny z polskiego. Szczerze mówiąc nie miałam czasu nawet iść siku, a co dopiero myśleć o Carlu i tych wszystkich pytaniach, jakie chciałam mu zadać. A co ciekawe on sam jakoś ostatnio się nie pojawiał. Widocznie uznał, że jestem mu nie potrzebna albo dał mi czas na załatwienie swoich spraw w świecie żywych. Właściwie to nie wiedziałam, do jakiej kategorii zaliczyć Carla. Żywych, umarłych, czy żywych trupów. Potem była studniówka. Najlepiej pamiętam z niej fakt, że byłam ubrana w czarną, klasyczną, błyszczącą, czarną sukienkę, którą uszyła mi babcia. Przy koleżankach w sukniach balowych, szytych na miarę, wyglądałam jak kopciuszek. A co gorsza chłopak, z którym tam poszłam okazał się kompletnym dupkiem. Po polonezie i obiedzie poszłam do łazienki. Nie mogłam uwierzyć, że ten cymbał pomylił kroki. Spojrzałam w lustro i... zobaczyłam Carla. Na jawie! Nie wiem do tej pory czy sprawiły to cztery wypite kawy, stan emocjonalny, czy też dość długi brak jego obecności. I głupio się przyznać, ale tęskniłam za nim. Mimo, iż był tylko w moich snach. Przynajmniej do tej pory. Carl stał tuż za mną i zrobił jakiś znak a ja poczułam tylko chłód a potem, że osuwam się na zimną, wykafelkowaną podłogę łazienki w restauracji "Afrodyta". Powoli otworzyłam oczy. Dookoła mnie były góry i... zamarznięty śnieg. Otuliłam się mocniej płaszczem ze skóry jakiegoś zwierzęcia. Carl stał jakiś metr przede mną i patrzył w przepaść.
- Wreszcie do mnie wróciłaś. - powiedział nawet na mnie nie zerkając.
- Czy wiesz, co to znaczy być kopciuszkiem wśród księżniczek? - spytałam bez zastanowienia.
- Ja nie, ale wiem, że ty znasz to uczucie doskonale. - odpowiedział odwracając się do mnie przodem.
Miał na twarzy dziwny uśmiech, którego nie udało mi się rozszyfrować. - Musimy iść. - dodał.
- Daleko jeszcze do tego Pearl Harbor?
- To nie ta historia. - odpowiedział i wsiadł na konia.
Ja zrobiłam to samo i znowu jechaliśmy w milczeniu. Jednak po pewnym czasie nie wytrzymałam i zapytałam.
- Możesz mi powiedzieć, co my tutaj robimy i9 po co jedziemy do fortu?
- Nie mogę ci wszystkiego powiedzieć. Jeszcze nie teraz. Jedno, co mogę zdradzić to fakt, że mamy się tam z kimś spotkać i został nam tylko jeden dzień.
- Jeden dzień? - moje oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
- Tak. Jeden dzień.
Po tych słowach Carla poczułam się dziwnie a do moich nozdrzy doleciał nieprzyjemny i bardzo gryzący zapach. Ostatnia myśl, jaka przeleciała mi przez głowę dziwne pytanie: Czy Carl używa perfum? A potem odeszłam w czarną otchłań. Ocknęłam się oparta o ścianę a jakaś kobieta przytykała mi pod nos wacik.
- Wróciłaś. - powiedziała moja koleżanka z klasy Kamila.- Już myślałam, że od nas odeszłaś. - dodała z troską w głosie.
Przytuliła mnie. Żeby tylko wiedziała, co tak naprawdę się stało. Ale nie powiedziałam jej tego. Wyszłam z łazienki i skierowałam swoje kroki w stronę balkonu. Było zimno, z ust leciała para, a ja byłam sama. Nikt mnie nie widział, ani nikt mnie nie szukał. Stałam tak w samej kiecce chyba z godzinę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Zapaliłam papierosa zastanawiając się czy gdybym zniknęła na zawsze czy ktoś w ogóle by to zauważył. W pewnej chwili skrzypnęły cicho drzwi od balkonu.
- Zmarzniesz. - powiedział Tomek i nałożył mi na barki swój garnitur. - Chodź.
- Dzięki, ale jeszcze tutaj postoję.
Drzwi znowu skrzypnęły, a do mnie dotarło, że moje uczucia są dość dziwne do pewnych istot. Ale o tym, co czułam naprawdę dowiedziałam się nieco później.

czwartek, 29 marca 2012

ONE SHOT

Z książek, które dostałam od nauczyciela dowiedziałam się niewiele na temat Pensylvanii. Takie tam podstawy. Jedno, co wtedy jeszcze nie wzbudziło mojego zainteresowania to fakt, że Fort Presque Isle, do którego zmierzałam, zbudowali Francuzi. A jak się później okazało to miejsce było dość ważne.
Był to fort zbudowany przez żołnierzy francuskich w 1753 roku. Jako część linii, która zawierała Fort Le Boeuf, Fort Machault i Fort Duquesne. W 1759 roku po zdobyciu przez Brytyjczyków Fort Niagara, Francuzi spalili Fort Presque Isle i wycofali się z tych terenów. Brytyjczycy jednak odbudowali go na nowo i używali jako bunkra. Generał Wayne, który dowodził pracami budowlanymi zmarł w 1796 roku. Przed śmiercią zażyczył sobie, aby jego ciało zostało zakopane pod masztem po północno-zachodniej stronie bunkra. Jednak dzieło wielkiego generała zostało spalone po raz drugi w 1852 roku. Dopiero w roku 1880 bunkier został zrekonstruowany i stał się niejako pomnikiem Generała Wayne. Miejsce to zostało uznane za godne wpisania do Krajowego Rejestru miejsc o znaczeniu historycznym. A obecnie fort stał się częścią Parku stanowego Presque Isle w Stanach Zjednoczonych.
Tyle dowiedziałam się z książek i jak dowiedziałam się niedługo potem historia Fort Presque Isle była bardziej skomplikowana niż mi się wydawało. Było to pierwsze miejsce posiadające nazwę, do którego zaprowadził mnie Carl i niezwykle ważne. Sześć lat później dowiedziałam się bowiem, że mój mąż miał sny, że jest francuskim chłopcem. Uczestnikiem wojny. Ja z Carlem zaś trafiliśmy do fortu, kiedy akurat szalała tam wojna. I prawdopodobnie widzieliśmy siebie nawzajem nawet nie zdając sobie z tego sprawy. A co ciekawsze jego sny skończyły się w momencie, kiedy poznał mnie, a mój opiekun odszedł dzień przed spotkaniem z nim. Ale o tym opowiem wam później.

niedziela, 11 grudnia 2011

SEN V

Carl i całe to podwójne życie trochę mnie męczyło. Nie mogłam się skupić na niczym. Nic do mnie nie docierało. A nawet usnęłam na lekcji historii. Muszę dodać, że historyk był moim wychowawcą przez trzy lata liceum. Mało tego siedziałam w pierwszej ławce. Oczy same mi się zamknęły w połowie opowieści o II wojnie światowej. Znowu trafiłam do dziwnej chaty w lesie. Nie chciałam nawet otwierać oczu. Upajałam się jedynie cudnym zapachem, który docierał do moich nozdrzy.
- Obudź sie księżniczko. – usłyszałam i niechętnie podniosłam najpierw jedną, a potem drugą powiekę.
Moim oczom ukazał się drewniany strop chaty. Na drewnianym stole stał gliniany talerz, a właściwie miska, z której parowało coś dobrego. Ja leżałam na podłodze, przykryta skórą, chyba z niedźwiedzia. Podniosłam sie do pozycji siedzącej, było mi niesamowicie gorąco i bardzo niedobrze. Jednak mimo pociągu do oddania zawartości żołądka na zewnątrz, zjadłam zupę, którą podał mi Carl. Smakowało to jak rosół z królika i pewnie tym właśnie było.
- I co teraz? – spytałam.
- Musimy dotrzeć do Pensylwanii. – odparł Carl.
- A jesteśmy, gdzie?
- Tam, gdzie Diabeł mówi dobranoc.
- A dokładniej?
- Dokładniej to w stanie Maryland.
- Stany Zjednoczone?
- Brawo. Piątka z geografii.
- A możesz mi coś więcej powiedzieć o miejscu, do którego zmierzamy? I kim ja właściwie jestem?
- Zmierzamy do Fort Presque Isle.
- Że co?
- To co słyszysz. Musimy się zbierać. Pogoń nie śpi. Znaleźli nas w górach to tym bardziej mogą znaleźć i tu.- powiedział Carl i wyszedł z chaty.
Miałam całą masę pytań, a co gorsza to co usłyszałam nic, a  nic mi nie wyjaśniło. Po chwili mój opiekun przyszedł.
- Osiodłałem twojego konia. Mam nadzieję, że da radę dotrzeć chociaż do granicy.
Po tych jego słowach wyszłam na zewnątrz. Miało się ku końcowi dnia, a ja nadal nie wiedziałam kim jestem. Wsiadłam na konia, a Carl szedł obok. Nie pytałam go już o nic więcej. Wędrowaliśmy więc w milczeniu przez ciemne lasy stanu Maryland.
Nagle poczułam uderzenie w żebra. Otworzyłam oczy i znowu znalazłam się w sali szkolnej. Okazało się, że nauczyciel wywołał mnie do odpowiedzi.
- Kto podpisał traktat kończący II wojnę światową? – powiedział historyk patrząc na mnie ze złością w oczach.
- Przepraszam, ale nie wiem. – odparłam zdezorientowana.
- Właśnie widzę. Czy naprawdę jestem, aż tak nudny, że zasypiasz na moich lekcjach?
- Nie, oczywiście, że nie. Po prostu jestem zmęczona…
W tym momencie zadzwonił dzwonek i wszyscy uczniowie wyszli z klasy. Zostałam sama z nauczycielem.
- Masz coś jeszcze do dodania? – spytał, widząc, że nie ruszyłam się z miejsca.
- Mam pytanie… – zawahałam się.
- Słucham. – odparł patrząc mi w oczy.
- Czy zna pan jakieś książki dotyczące historii Pensylwanii?
- W tej chwili to nie wiem, ale mogę czegoś poszukać. – odparł.
Widać było, że zaciekawiło go moje zainteresowanie Pensylwanią.
- Dziękuję bardzo. – odparłam i dopiero teraz wyszłam z sali.
Chciałam się dowiedzieć jak najwięcej na temat historii tego Amerykańskiego stanu. Pełna nadziei wyszłam ze szkoły i skierowałam się do cukierni. Musiałam czymś naładować akumulatory, bo życie w dwóch światach wysysało ze mnie mnóstwo energii.

niedziela, 16 października 2011

SEN IV

No tak dziwne to wszystko było tym bardziej, że ostatnim razem sen urwał sie jakby nienaturalnie. Wcześniej upadałam, albo ktoś walił mnie w łeb. Ostatnio usłyszałam tylko ciche „Ciii…” i… koniec. Potem bardzo dziwny dzień. Byłam tak zmęczona, że padłam na łóżko, jak betka. Nie chciałam oglądać nikogo. Leżałam chwile gapiąc się w sufit, aż w końcu usnęłam…
***
Ocknęłam się znów w tej cholernej jaskini, ubrana jak wcześniej. Ogień dogasał. Byłam sama. W mojej głowie kłębiło się mnóstwo pytań, na które nikt nie mógł mi odpowiedzieć, bo nikogo prócz mnie nie było. Nagle usłyszałam huk przy wejściu do jaskini i aż podskoczyłam. Na kamieniu obok mnie leżał oszczep. Złapałam go i już nastawiłam się na walkę. Okazało się jednak, że niepotrzebnie. Ten ktoś, kto leżał na lodowatym kamieniu jaskini nie żył. A po chwili pojawił się Carl.
- Księżniczko musimy stąd uciekać. – powiedział.
- Że co? – byłam zdziwiona, jak nie wiem  co. Jak do cholery księżniczka i dlaczego do cholery mam się ruszać z tej cholernej jaskini.
- Musimy uciekać. Sępy Mardocka już są niedaleko.
- Nigdzie się stąd nie ruszam. – powiedziałam krzyżując ręce na piersi i odwracając się do niego tyłem. To był mój błąd. Carl nie czekając na nic złapał mnie w pół, jakbym była piórkiem. Zarzucił sobie na ramię i niosąc, jak worek ziemniaków wyniósł z jaskini. Gwizdnął przeciągle,a już po sekundzie stał przed nami czarny rumak. Carl zarzucił mnie na konia, po czym sam na niego wskoczył.
- Mover Vento! – szepnął, a zwierzę machnęło ogonem i ruszyło z kopyta.
- Co to ma do cholery znaczyć!!! – wrzasnęłam, co dało taki efekt, że rumak stanął dęba, a ja o mało nie zleciałam na ziemię… czerwoną ziemię. Coś tu było nie halo. Po jakimś czasie dojechaliśmy do lasu, gdzie znajdowała się drewniana chata. Carl zatrzymał konia i zsiadł z niego, po czym pomógł mi zsunąć się na przyjemnie twarde podłoże.
- Chodź. – powiedział Carl.
- Momencik… – oburzyłam się i złapałam go za nadgarstek – Nigdzie nie idę dopóki nie wyjaśnisz mi, o co tutaj do cholery chodzi.
- Wyjaśnię ci, ale musisz wejść do środka.
- Ty sobie chyba żartujesz.
- Nie żartuję. Albo wejdziesz dobrowolnie, albo znowu wezmę cię na ramię.
- No wiesz!!! – byłam wściekła. Ten cwaniak miał się za nie wiadomo kogo! Nazywał mnie księżniczką, a ja do jasnej ciasnej nie wiedziałam co się kręci.
- Wejdź do środka. – powiedział dość ostrym tonem. Wkurzyłam się. Ale weszłam do środka. Otwierając drzwi z kopa.
- Uspokój się. – odparł wchodząc za mną i zamykając drzwi na tyle na ile się dało. Zapalił światło. Moim oczom ukazał się wielki dębowy stół, cztery krzesła z tego samego drewna. Podłoga z marmuru i ściany pokryte starą zieloną tapetą. Nic poza tym. Żadnych obrazów, jakichś osobistych rzeczy. Nic. Odsunęłam jedno z krzeseł i usiadłam na nim.
- Dobra teraz mi powiedz o co tutaj chodzi?
- Dobra. obiecałem przecież. Więc od czego by tu…
- Od początku najlepiej.
- Zależy, co było dla ciebie początkiem?
- Upadek, czerwone kwiaty, ktoś mnie walnął w łeb, jaskinia i do cholery dlaczego nazywasz mnie księżniczką? No i najważniejsze, kim jest ten cały Madok, Mardok, czy jak mu tam?
- Spokojnie. O upadku nic nie wiem, czerwone kwiaty to sztylety. Mogą…
- Co?
- Mogą zabić. Jak je dotkniesz wypuszczają mini sztylety, które są zatrute i powodują śmierć. A co do uderzenia, to…
- To co?
- … to musiałem cię walnąć czymś ciężkim, żebyś ich nie dotknęła i nie zginęła.
- Aha. To wolałeś mnie zabić czymś ciężkim? Cudownie… – obruszyłam się i nadąsałam.
- Eh… Kobieto jesteś księżniczką.
- Ciekawe czego? Kurzu na podwórzu?
- Jesteś księżniczką, która uratuje moją rasę.
- Twoją rasę? Jaką znowu rasę i czyją jestem księżniczką.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz czas spać.
- Co? Ciekawe, gdzie? Tu nie ma łóżka.
- Po co ci łóżko? – odparł po czym obrócił się, a ja zemdlałam.
Obudziłam się 30 minut przed budzikiem.
- Kolejny ciężki dzień przede mną. – pomyślałam pełna niedosytu.
Co prawda dowiedziałam się czym są czerwone kwiaty i kto walnął mnie w łeb. jednego nie wiedziałam czyją „księżniczką” jestem i jakie mam zadanie. Zapowiadało się, że to dopiero początek, a ja już miałam tego dosyć. Miałam dość niedomówień, tych chorych snów i… Carla. Ale czy napewno chciałam zniszczyć te sny i zapomnieć o Carlu? Musiałam przyznać, że raczej nie chciałam go stracić. Czyżbym…?
- Nie. To niemożliwe. – powiedziałam na głos i wstałam z łóżka.

poniedziałek, 11 lipca 2011

ONE SHOT

Wiecie… To dość dziwne. Czasami jest tak, że coś co wydaje nam się tylko wyobraźnią staje się rzeczywistością. A to, co według nas jest rzeczywistością bywa, tylko wytworem naszej wyobraźni. Wydawało mi się, że Carl był tylko snem, ale wydarzenia dnia sprawiły, że zaczynałam wierzyć, iż ochrania mnie nie tylko w nocy, ale również w dzień. Bo jak wyjaśnić fakt, że kiedy idąc do szkoły i myśląc o Carlu weszłam na jezdnię na czerwonym świetle. Z góry jechał rozpędzony autobus, a ja zauważyłam go w ostatniej chwili. Jednak pojazd zatrzymał się ledwie pół metra ode mnie, co przy śliskiej nawierzchni było niemożliwe do wykonania. Mało tego na przedzie pojazdu znajdowały się dwa wgniecenia. Do złudzenia przypominały odciski po dłoniach. Kierowca mnie zwyzywał i kiedy stanęłam na chodniku, pojechał w swoją stronę. Ale nie tylko to było dziwne. Po lekcjach poszłam do biblioteki, żeby znaleźć jakieś książki dotyczące snów. I co? jak przechodziłam obok jednego z regałów poczułam uderzenie w plecy, jakby ktoś mnie popchnął. Przewróciłam się i wylądowałam twarzą do podłogi. Kilka centymetrów za mną spadło pięć książek. Nie były to zbyt opasłe tomy i raczej, by mnie nie zabiły (w przeciwieństwie do autobusu), ale napewno zrobiłyby mi lekkie kuku w głowę. Jak się okazało bibliotekarka układała książki po drugiej stronie regału. I trochę za daleko pchnęła kryminały do tyłu, co poskutkowało spadnięciem pięciu książek po drugiej stronie. Czym prędzej opóściłam bibliotekę i pognałam do domu, w którym na całe moje szczęście, nikogo nie było. Zamknęłam się w pokoju i starałam się z niego nie wychodzić przez całą resztę dnia.